O autorze
Od kilkunastu lat zajmuję się zagadnieniami związanymi z funkcjonowaniem państw i społeczeństw, a także zachodzącymi między nimi relacjami. Napisałem na te tematy dwie książki (jedną z kolegą) i kilkadziesiąt artykułów.

Ten blog powstał po to, aby móc podzielić się informacjami i przemyśleniami z różnych dziedzin. Będzie trochę o stosunkach międzynarodowych, o dziennikarstwie, o kulturze i o historii. Będę pisać o sporcie i o naszej przyrodzie. Czasem zrecenzuję ciekawą książkę. Nie będzie partyjniactwa i doktrynerstwa, bo ich nie lubię. Będę chciał pokazywać wyższość tego, co łączy, od tego, co dzieli.

Amerykański duch przyrody

Amerykanie od lat aktywnie inwestują w ochronę zasobów naturalnych. Traktują ją jako długoterminową inwestycję niskiego ryzyka i z wysoką stopą zwrotu, ponieważ jej zakres i skala przekładają się na poziom wiedzy ogółu społeczeństwa o własnym państwie, jego historii, tradycji i kulturze. Dla amerykańskich polityków pokazanie się w parku narodowym, na tle geologicznego lub przyrodniczego zabytku, jest sprawdzoną metodą przedstawienia się jako "mąż stanu", a zarazem "swój chłop", który docenia piękno przyrody i deklaruje jej ochronę dla dobra i pożytku lokalnej społeczności. Warto korzystać z tych wzorców.

Właśnie obejrzałem na YouTubie film, w którym prezydent Barack Obama podkreśla, jak ważna jest ochrona przyrody dla „amerykańskiego ducha”. Bo parki narodowe są dla ogółu Amerykanów skarbem. W USA – jakimś cudem - 1 dolar zainwestowany w parki narodowe przynosi średnio w skali roku 10 dolarów zysku, głównie dla lokalnych społeczności. Obcowanie ze starymi sekwojami, sokołami, niedźwiedziami czy rysiami nie jest obciachem ani dziwactwem, lecz przejawem troski i wrażliwości rządzących na kwestie ochrony wspólnego naturalnego dziedzictwa kraju. Przy okazji to sprawdzona metoda na ocieplanie własnego wizerunku przez polityków. W Polsce raczej mało znana i niedoceniana.

W tradycji amerykańskiej wspominani są prezydenci, dla których konieczność ochrony skarbów natury była oczywistością wiele lat temu. Abraham Lincoln, prezydent USA w latach 1861-1865, lubił obcować z przyrodą. Wygłaszał wówczas swe słynne mowy twierdząc, że państwa nie są budowane na jeden dzień i tylko dla współczesnych. One są budowane na całe wieki, z myślą o przyszłych pokoleniach. Theodore Roosevelt, prezydent USA w latach 1901-1909, nazywał wielkie skały i drzewa w parku Yosemite świątynią większą od tego, co ludzki architekt może kiedykolwiek zbudować. Woodrow Wilson (1913-1921), skądinąd znany z naszej własnej historii protektor niepodległej i wolnej Polski, ustanowił amerykańską Służbę Parków Narodowych (ang. National Park Service), której podstawowym zadaniem po dziś dzień jest dbanie o zasoby naturalne i historyczne kraju w taki sposób, aby mogły służyć w nienaruszonym stanie przyszłym pokoleniom. Rola National Park Service systematycznie wzrasta - roczny budżet tej służby przekracza już 2 mld dolarów. Nikt nie ma poczucia, że są to pieniądze wydawane nieefektywnie. Wreszcie, to Barack Obama często podkreśla duchowy pierwiastek w podejmowaniu metodycznej i konsekwentnej ochrony świętego dzieła stworzenia, jakim jest nieskażona cywilizacją, wolna i dzika natura.

Ochrona naturalnych zasobów własnej ziemi to nie tylko przejaw romantycznej wrażliwości i poczucia estetyki. To ochrona hektarów publicznych ziem i wód, które będą mogły cieszyć oczy i służyć tym pokoleniom, które przyjdą po nas. To ochrona unikalności i bioróżnorodności gatunkowej flory i fauny, powiązanych i współzależnych od siebie nawzajem. To także przejaw inwestowania w rodzimą historię i kulturę, bez których nie ma rozwoju narodowej tożsamości ani poczucia pełnej przynależności do jednej wspólnoty. Wreszcie, to przejaw odpowiedzialnego myślenia o przyszłości i wymierna inwestycja w publiczną edukację, bo napędzająca koniunkturę turystyczną i stanowiąca źródło dodatkowego dochodu dla lokalnych społeczności. Taka długoterminowa inwestycja, prawie bez ryzyka i z wysoką stopą zwrotu. Amerykanie potrafią liczyć. Wiedzą od lat, że to się zwyczajnie opłaca i od lat metodycznie tradycję ochrony zasobów naturalnych swego kraju pielęgnują. Z powodzeniem i dumą, bo mają coś, co jest tak wartościowe, że może być przedmiotem ciekawości, a nawet zazdrości licznie przybywających turystów.

A my? Czy kiedyś pójdziemy za dobrym przykładem braci Amerykanów? Niezależnie od bieżącej koniunktury należy dążyć do tego, by idea ochrony przyrody łączyła i była powodem do słusznej narodowej dumy. Bo to nie jest tylko ochrona wspólnego bezcennego dobra. To nie tylko ochrona naturalnych zasobów i widoków, których piękna nie odda żaden komputer, telewizor, iPad czy obraz. To przykład, że można myśleć o państwie w innej perspektywie, niż tylko wyborcza. Kwestie ochrony zasobów naturalnych, a zwłaszcza parków narodowych, należy metodycznie wyłączyć z bieżących politycznych sporów, jako narodowy kapitał. Nie pozwalać na ich niszczenie w imię doraźnych interesów, a konsekwentnie chronić. Czyli robić to, co w każdej dojrzałej i racjonalnie myślącej demokracji powinno już być oczywistością i normą.
Trwa ładowanie komentarzy...