O autorze
Od kilkunastu lat zajmuję się zagadnieniami związanymi z funkcjonowaniem państw i społeczeństw, a także zachodzącymi między nimi relacjami. Napisałem na te tematy dwie książki (jedną z kolegą) i kilkadziesiąt artykułów.

Ten blog powstał po to, aby móc podzielić się informacjami i przemyśleniami z różnych dziedzin. Będzie trochę o stosunkach międzynarodowych, o dziennikarstwie, o kulturze i o historii. Będę pisać o sporcie i o naszej przyrodzie. Czasem zrecenzuję ciekawą książkę. Nie będzie partyjniactwa i doktrynerstwa, bo ich nie lubię. Będę chciał pokazywać wyższość tego, co łączy, od tego, co dzieli.

Nasza szkoła

Już niedługo Dzień Nauczyciela. Dzień piękny, z założenia świadczący o powszechnym szacunku dla tego trudnego, odpowiedzialnego i niedocenianego u nas zawodu oraz osób, które ten zawód wykonują. W tym roku będzie to wyjątkowe święto. Niestety nie będzie ono tak radosne, jak mogłoby być. Raczej podszyte niepokojem i obawą przed skalą i zakresem oraz bezprecedensowym tempem wprowadzanych w szkolnictwie zmian. Otwarte pozostaje pytanie, na ile potrzebnych.

Szkolnictwo w Polsce od lat jest przedmiotem szczególnej troski rządzących. Wraz z kolejnymi rządami pojawiają się kolejne koncepcje reform, które mają polski system oświaty przekształcić, poprawić, odróżnić od rozwiązań wdrażanych przez poprzedników. Troska niewątpliwie jest uzasadniona. Problem polega jednak na tym, że niekoniecznie musi iść w parze z potrzebą unowocześnienia, dostosowania systemu do wymogów współczesnego, dynamicznie zmieniającego się świata. Tak się dzieje, bo zmienia się przede wszystkim strukturę szkolnictwa, a zapomina o jego kulturze. I dlatego, chociaż szkolnictwo w Polsce poprawiane jest od wielu lat, wciąż może być określane jako „relikt przeszłości”, niezdolny do przekazania pełni wiedzy i kompetencji niezbędnych młodym ludziom do normalnego funkcjonowania w świecie. Bo w znacznej mierze przekazuje dzieciom wiedzę niepraktyczną, a za rzadko uczy tego, co im będzie w przyszłości potrzebne.

W opinii dużej części społeczeństwa polski system edukacji wymaga naprawy. Zapowiedź nauczycielskich strajków może wskazywać na to, że także oni nie czują się beneficjentami systemu i dostrzegają potrzebę zmian. W tym kontekście szczególnie warto przyjrzeć się tym zjawiskom, które w masowym odbiorze są niedoceniane lub niezauważane, a rodzą znaczące i długofalowe skutki.

Po pierwsze, należy podkreślić, że problemem nie są nauczyciele, lecz system edukacji. Nauczyciele mogą być lepsi i gorsi, ale nie jest ich winą to, że przyszło im pracować w systemie, który ze swojej istoty nawet nie jest systemem, ponieważ nie posiada najważniejszego atrybutu systemowości: nie wnosi efektu synergii wynikającej z faktu funkcjonowania powiązanych ze sobą w sposób uporządkowany elementów składowych. Jeśli te elementy ciągle się zmieniają, bo często zmienia się podstawa programowa, zmieniają się treści podręczników, nauczycielska siatka płac utrzymywana jest na tak niskim poziomie, że nie zachęca do metodycznego podnoszenia kwalifikacji, gdzie nakłady na naukę i szkolnictwo od wielu lat utrzymywane są na poziomie znacznie poniżej średniej unijnej, to nie można mówić o żadnym systemie. Można ewentualnie – z dużą dozą dobrej woli - mówić o pewnych jego zrębach.

Po drugie, polski system edukacji nastawiony jest na rywalizację przez ciągłe porównywanie i stosowany system sankcji. Ilość klasówek, kartkówek, testów i egzaminów nie tylko przytłacza, ale też niesie za sobą komunikat – że nauka jest nudna, stresująca i sztampowa. Uczniom od najmłodszych lat przyznaje się też „łatki” za sprawowanie, w ramach którego promowane są dobre stopnie i pożądane zachowania, ale nie docenia się osobowości dzieci. Skutkuje to tym, że dziecko z biegiem lat nabiera przeświadczenia, że największą wartością nie jest poznawanie świata w całym jego potencjale i kolorycie, wzbogacanie przez to własnej osobowości, ale po prostu zdobycie dobrego stopnia. Niemotywowane w szkole do wszechstronnego rozwoju wpada w pułapkę przeciętności, z której mało komu udaje się wydostać w dorosłym życiu.

Po trzecie, schematyczność nauczania przekłada się na hierarchizowanie przedmiotów w szkołach. Zjawisko to dostrzegane jest od dawna, gdy charakteryzowane było w powszechnie znanej frazie: "Dzieci mają problemy, szkoła ma przedmioty". Mimo upływu lat jakoś wciąż pomija się to, że największe innowacje i współczesne wynalazki wynikają z interdyscyplinarności wiedzy - łączenia dyscyplin, a nie ich dzielenia i różnicowania. Największe umysły ludzkości posiadały wszechstronną wiedzę i kwalifikacje, potrafiły przekraczać granice, poruszać się w ramach różnych dyscyplin nauki. Nie chodzi przy tym o to, aby przeładowywać dzieci ilością wiedzy z dyscyplin, które nie muszą ich interesować. Chodzi o to, aby dostrzec, że każde dziecko jest trochę inne: ma inne pasje, marzenia i zainteresowania. Funkcjonuje na innym poziomie rozwoju: intelektualnego, mentalnego, nawet fizycznego. Dlatego dzieci wcale nie muszą uczyć się tych samych rzeczy. Pewna wspólna pula przekazywanej dzieciom wiedzy jest pożądana (w formie np. przedmiotów obowiązkowych), ale też każde dziecko zasługuje na samodzielne lub wspólne z rodzicami określenie własnych potrzeb względem systemu edukacji (w formie np. przedmiotów do wyboru). Dzieci powinny mieć możliwość zindywidualizowania swojej ścieżki rozwoju, wyboru tych przedmiotów, które umożliwiałyby im rozwijać talenty i przyrodzone umiejętności. Nauka może być ciekawa przez sposób zapoznawania się z nią: doświadczanie, eksplorowanie, wspólną zabawę uczącą nie tylko metodyki pracy i rozwiązywania problemów, ale też niezbędnej we współczesnym świecie umiejętności współpracy i dochodzenia do konsensusu. Takie rozwiązania stosowane są z powodzeniem w systemach edukacji państw anglosaskich. Tam dyscyplina w procesie nauczania budowana jest w pierwszym rzędzie przez system zachęt, a nie kar i sankcji. Dlaczego nie możemy korzystać z dobrych i sprawdzonych w praktyce wzorców?

Po czwarte więc, obowiązujący wciąż system edukacji w Polsce nie musi – jak dotychczas – ograniczać kreatywności dzieci. Schematyczność nauczania nie musi wtłaczać ich w jeden obowiązujący kanon postaw i zachowań przez budowanie poczucia strachu przed podejmowaniem inicjatywy, zwłaszcza takiej, która może wiązać się z ryzykiem popełnienia błędu. Interpretacja zadania wcale nie musi być jedna i powszechnie obowiązująca (wyjątkiem potwierdzającym regułę są niektóre nauki ścisłe). W Polsce na odstępstwa od reguły raczej nie ma zgody, bo one zniekształcają schemat, zmuszają do ponownego przemyślenia rzeczy i wydłużają proces kształcenia. A popełnienie błędu w polskiej szkole to ciężka przewina, karana zazwyczaj złym stopniem. Bezrefleksyjnie za to przechodzi się do porządku dziennego nad tym, że przecież to popełnianie błędów jest nieodłącznym, przemawiającym do wyobraźni elementem nauki. Znacznie lepiej jest uczyć się na popełnianych błędach, niż wyuczonych wzorach i formułkach, bo one wyzwalają ciekawość świata, chęć samodzielnego znalezienia dobrego rozwiązania i poznawania rzeczywistości. W efekcie, w naszej szkole dziecko idzie po najmniejszej linii oporu: uczy się do klasówki wyuczonej formułki, po czym ją zapomina i znów wpada w pułapkę przeciętności. A takie myślenie bardzo upośledza, bo zabija motywację dzieci do podejmowania samodzielnych działań, eksperymentowania, szukania alternatywnych i twórczych rozwiązań. Efekty? Weźmy pierwszy z brzegu: Polska ma jeden z najniższych poziomów innowacyjności w Europie. Odtwarzamy, a nie tworzymy. Inny przykład? Mamy relatywnie wysoki poziom kapitału ludzkiego i niewspółmiernie niski poziom kapitału społecznego. Innymi słowy – potrafimy absorbować wysoki poziom wiedzy i umiejętności jako jednostki, ale nie potrafimy ze sobą współpracować dla osiągnięcia wspólnej korzyści. Zaryzykuję tezę, że praprzyczyną tych zjawisk jest schematyczny, odtwórczy i przestarzały system edukacji.

Po piąte więc, problem nie leży w samym funkcjonowaniu polskiej edukacji, ale też w towarzyszących jej relacjach społecznych. Nauczyciele zbyt rzadko są autorytetami dla dzieci, a posłuch wymuszany jest przede wszystkim systemem sankcji, niż przekonaniem, że tak należy, bo tak można się więcej, szybciej i lepiej nauczyć czegoś nowego. Nauczyć czegoś, co będzie przydatne w treści i atrakcyjne w formie. Z drugiej strony, nauczyciele mają wykształcenie pedagogiczne, ale na studiach nie jest im dane dowiedzieć się, jak pracować z dziećmi innymi, odbiegającymi od powszechnie akceptowanej normy. Muszą więc uczyć się właściwych reakcji i zachowań na własnych doświadczeniach. Do tego dochodzi praktyka przerzucania przez niektórych rodziców odpowiedzialności za wychowanie dzieci na szkoły. Rodzice często są zaganiani, ciężko i długo pracują, są na dorobku, spłacają kredyty, nie mają czasu na dopilnowanie spraw swojego dziecka ani utrzymywanie bieżącej współpracy ze szkołą. Rodzić to może sytuacje stresowe i konfliktowe, zwłaszcza wtedy, gdy szkoła sygnalizuje, że dziecko nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań.

Po szóste, wątpliwości może budzić zakładany bardzo szybki harmonogram przeprowadzania zmian w systemie edukacji, co stwarzać może ryzyko powierzchowności diagnozy, niepełnej prognozy i w konsekwencji niemiarodajnych działań. Rodzi to też niepotrzebne wrażenie, że celem jest samo wdrożenie zmian, a nie należyta dbałość o ich finalny efekt. A wrażenie to jest niestety oparte na całkiem niedawnych doświadczeniach. Przykład? W trosce o poprawę kondycji fizycznej dzieci podjęta została decyzja o zwiększeniu liczby godzin lekcji wf-u w szkołach. Bardzo słusznie, zwłaszcza w kontekście coraz bardziej siedzącego trybu życia polskich dzieci i grożącej im plagi otyłości. Ale z drugiej strony w ogóle nie myśli się o tym, że te same dzieci muszą codziennie zabierać do szkoły tornistry pełne zeszytów i książek, których waga przekracza jakiekolwiek normy dwukrotnie, a nawet trzykrotnie. Nie trzeba chyba wspominać, jakie są tego skutki dla kręgosłupów dzieci, a w konsekwencji jaki ma to wpływ na prawidłowość ich fizycznego rozwoju.

W każdym racjonalnym systemie planowania niezbędnym warunkiem powodzenia jest: prawidłowe zdiagnozowanie przedmiotu badania (stanu obecnego); zdefiniowanie stanu pożądanego w przyszłości (prognoza) - celów, które chcemy osiągnąć przez podjęcie działań naprawczych; zadań, które powinny być zrealizowane, aby te cele osiągnąć oraz sił, środków i zasobów, które powinny być użyte do prawidłowej, zoptymalizowanej kosztowo realizacji tych zadań. Bez tych podstawowych elementów planowania niemożliwe będzie rzetelne oszacowanie bilansu zysków i strat, ani też utrzymanie zmian w dłuższej perspektywie czasowej. Dlatego diagnoza przedmiotu badania nie może być uznaniowa, ani pisana na kolanie, lecz w możliwie największym stopniu zobiektywizowana. Diagnoza systemu edukacji w Polsce powinna być wynikiem wspólnej pracy pozapolitycznych merytorycznych ekspertów i jako taka przedstawiona decydentom. Należy ograniczyć przestrzeń do upolityczniania procesu zmian, ryzyka marnowania sił i środków przeznaczonych na wdrażanie autorskich rozwiązań oraz pogłębiania niepokoju związanego z brakiem poczucia stabilizacji wśród uczniów i nauczycieli.

Wreszcie, nie można obrażać się, że świat się zmienia i my musimy zmieniać się razem z nim. Dotyczy to także systemu edukacji, którego misja polega na przygotowaniu młodego człowieka do życia we współczesnym, bardzo szybko zmieniającym się świecie przez wyposażenie go w wiedzę, kwalifikacje i umiejętności umożliwiające wykorzystanie pojawiających się szans i uniknięcie rozlicznych pułapek. Obecnie nie uczy się w sposób metodyczny takich przedmiotów, jak np. edukacja obywatelska, zarządzanie czasem czy informacją, dbałość o ciało i zdrowie, budowanie relacji społecznych i komunikacji międzyludzkiej, dialog międzykulturowy i międzywyznaniowy, przedsiębiorczość w warunkach rosnącej konkurencji oraz postępu technicznego i technologicznego. Tymczasem są to te obszary aktywności ludzkiej, których znaczenie będzie wzrastać i które będą musiały być uwzględnione w programach nauczania w polskich szkołach w przyszłości, jeśli chcemy utrzymywać się na powierzchni rozwoju cywilizacyjnego i efektywnie konkurować w świecie.

Warto więc dyskutować o polskiej szkole i jej problemach, bo temat jest bardzo trudny i obszerny. Powyższa pula uwag nie wyczerpuje tematu. Rozwiązanie nie będzie proste, zmiany wymaga całe podejście do edukacji. Gra idzie o zbyt wysoką stawkę, aby przyjmować jej zasady w sposób bezrefleksyjny lub ograniczony jedynie do problemów szkolnictwa. Gra idzie o przyszłe losy naszych dzieci.

Korzystając z okazji, wyrażam szacunek dla ciężkiej pracy i zaangażowania polskich nauczycieli. Siłą polskiej edukacji są właśnie ludzie: oddani, pracowici, poświęcający swój czas i wysiłek dla dobra młodych pokoleń. Życzę, aby przyszło im funkcjonować w takim systemie edukacji, który nie przytłacza i zniechęca, ale zachęca do rozwijania nauczycielskich pasji, do pracy i twórczego rozwoju. Z korzyścią dla nas wszystkich.
Trwa ładowanie komentarzy...